Incydent w Emilcinie z 10 maja 1978 roku to bez wątpienia najsłynniejszy i najlepiej zbadany przypadek Bliskiego Spotkania Trzeciego Stopnia w Polsce. Głównym świadkiem był 71-letni wówczas rolnik, Jan Wolski, żyjący z rolnictwa, dorabiający czasem z przewozu towarów swoim wozem. Cieszył się bardzo dobrą opinią wśród mieszkańców wioski. Uważali go za człowieka wyjątkowo prawdomównego, szczerego i przede wszystkim bez nałogów.
Jan Wolski tego dnia wstał tuż przed świtem kilka minut przed godziną piątą. Wyjechał swoją furmanką do sąsiedniej wsi, Dąbrowy Kuśmieńskiej, do Leona Raka, gdzie miała być kryta jego 4-letnia klacz. Poranek tego dnia był chłodny i wilgotny. Mniej więcej o godzinie 6.30 udał się w drogę powrotną. Mając do wyboru dwie drogi, wybrał trasę mało uczęszczaną „przez las”, ponieważ chciał oszczędzić klacz, która nie był podkuta i lekko kulała. Około godziny 7.15, w odległości 40-50 metrów wyjeżdżając z zarośli dostrzegł dwie osoby idące w tym samym kierunku. Pierwszą myślą Wolskiego było, że to są myśliwi, którzy w tych okolicach dosyć często polowali na bażanty
Istoty te mierzyły one około 140-150 centymetrów wzrostu, drobnej budowy ciała i były ubrane w czarne przylegające kombinezony z kapturami. W stroju tym nie było widocznych żadnych szwów czy guzików, a odsłaniały jedynie oliwkowo-zielone twarze i dłonie. Wolski opisywał barwę jako intensywnie zieloną „jak trawa” i porównywał ich wygląd do „potworaków” lub „Chińczyków” – mieli skośne oczy i wyraźnie wystające kości policzkowe. Usta – podobne do ludzkich, ale węższe, białe zęby (które widział, jak się uśmiechali). Na twarzach nie było widać brwi, rzęs ani zarostu. Istoty te porozumiewały się bardzo szybkim, piskliwym i całkowicie niezrozumiałym językiem. Poruszały się lekko i zwinnie, jakby podskakując. Szli dosyć szybko w tym samym kierunku co Wolski, ale gdy kątem oka go spostrzegli, zwolnili i rozeszli się, tak by wóz mógł przejechać między nimi. Po przejechaniu furmanki przez błotniste zagłębienie drogi (osoby te próbowały ją przeskoczyć i jedna nawet poślizgnęła się) piechurzy rozstąpili się i zatrzymali. Gdy Wolski przejeżdżał między nimi, wskoczyli zwinnie na wóz z obu stron tak, że nogi mieli opuszczone po obu burtach furmanki. Gdy jechał dalej istoty te znalazły się z tyłu furmanki i nagle wskoczyły na wóz. Na pytanie czy się przestraszył gdy ich zobaczył, Wolski opowiadał potem, że niczego się bał. „Przeżyłem wojnę, Niemców się nie bałem to i ich nie wystraszyłem”. Podkreślał, że jest „zimniejszej krwi”, więc w ogóle nie jest strachliwy i niczym się nie przejmuje. Podczas jazdy istoty te rozmawiały ze sobą „piskliwie” i szybko, krótkimi sylabami. „Ja do dziś nadziwić się nie mogę, że oni mogli siebie rozumieć” – mówił potem pan Jan. Gdy po przejechaniu około 120 metrów wjechali na polanę, Wolski dostrzegł w odległości około 30 metrów niezwykły, czysto biały pojazd unoszący się około 4-5 metrów nad ziemią, przed linią drzew.
Powietrzny pojazd przypominał blaszany barak lub mniejszy autobus. W rogach pojazdu znajdowały się masywne pręty lub śruby, które wystawały z beczko-kształtnych urządzeń. Obracały się bardzo szybko, wydając przy tym cichy dźwięk przypominający buczenie. Obiekt nie miał okien, widocznych nitów i wyglądał jakby był odlany z jednej części. Pasażerowie furmanki nie tylko pokazali rękami, żeby zatrzymać pojazd, ale jeden z nich widząc, że młody koń mimo prób Wolskiego chce zrobić kolejny krok do przodu sam chwycił za lejce i pociągnął do siebie zatrzymując furmankę. Moment dotarcia na polanę był kluczowym punktem całego zdarzenia. Według relacji głównego bohatera, to właśnie wtedy sytuacja zmienia się z „dziwnej podwózki” (która była dość typowa w tamtych czasach, gdy posiadanie samochodu było czymś wyjątkowym) w bezpośredni kontakt z nieznaną technologią.
Gdy wóz się zatrzymał, obie istoty, które wcześniej siedziały na wozie zeskoczyły na ziemię i wskazały Wolskiemu by podszedł do platformy (windy). Była ona zawieszona około pół metra nad ziemią na czterech cienkich linkach, które Wolski określał jako „szpagatki” i porównał do sznurka od żelazka. Jeden z przybyszy gestem ręki pokazał mu, by ten wszedł na platformę, a drugi zawrócił w stronę pasącego się konia. Mimo, że sytuacja była nadzwyczajna rolnik nie opierał się. Opisywał to później jako rodzaj „uprzejmego zaproszenia”, któremu po prostu uległ. Gdy stanął na małej platformie z jedną z istot, ta uniosła się bardzo płynnie i szybko w stronę prostokątnego otworu (włazu). Wolski zauważył, że podczas szybkiego wznoszenia owa „windeczka” była bardzo stabilna i nie chwiała się. W momencie, gdy platforma zrównała się z włazem musiał się nieco schylić, aby wejść do środka, ponieważ otwór był niski, dopasowany do wzrostu istot. Framuga „drzwi” ujawniała grubość ścian ocenianą na około 20 cm, a same drzwi nie miały zawiasów i wyglądały „jakby były skręcane”. Gdy Wolski wraz z pasażerem dotarł do otworu istota, która z nim jechała gestem ręką zaprosiła go do środka, gdzie przebywało dwóch kolejnych członków załogi.
Wnętrze pojazdu było uderzająco skromne, wręcz prymitywne. Charakteryzowało się jednolitym, ciemnym kolorem, a ściany i podłoga sprawiały wrażenie wykonanych z tego samego materiału co zewnętrzna powłoka. W dotyku przypominało szło. W środku tak samo jak na zewnątrz nie było widocznych nitów czy łączeń. Wnętrze, oświetlone przez otwarte drzwi, pozbawione było jakichkolwiek urządzeń. Sufit był półokrągły i wzdłuż niego – od jednej ściany do drugiej – biegła czarna „rura”. Nie było zegarów, wskaźników czy ekranów a także mebli oprócz… ławeczek biegnących wzdłuż ścian na których leżało obok siebie na bokach około 8-10 sztuk kruków. Ptaki te żyły, ale sprawiały wrażenie sparaliżowanych, niewładnych lub lekko uśpionych. Poruszały delikatnie dziobami, głową, skrzydłami i nogami, ale nie mogły poderwać się do lotu. W środku pojazdu panował specyficzny, drażniący zapach siarki.
Chwilę po wejściu osoba, która wjechała z Wolskim windą, za pomocą gestów pokazała, by ten się rozebrał. Gdy zdjął jesionkę i bluzę, a następnie zaczął rozpinać cztery guziki w koszuli jedna z istot (ta, która z nim wjechała na platformie) pomogła od dołu je rozpinać. Po zdjęciu góry, gestami dano mu do zrozumienia, by rozebrał się „do naga”. Rolnik wykonał wszystkie polecenia bez oporu (opowiadał później, że w wojsku też musiał się rozbierać, więc w owej sytuacji nie oponował). Jeden z „zielonych ludzi” stanął przed nim, trzymając w dłoniach dwa małe talerzyki lub spodeczki. Wziął rękę Wolskiego, podniósł ją do góry i przyłożył talerzyki do ciała, następnie obracał badanego o 90 stopni i powtarzał swoją czynność. Gdy Wolski stał tyłem do badającego usłyszał dźwięk przykładania talerzyków do siebie („żegneły się lekko”). W trakcie badania do wnętrza pojazdu weszła czwarta z istot, która została wcześniej na dole. Po jego zakończeniu przybysze pozwolili mu zacząć się ubierać. Wtedy doszło do momentu, który szczególnie zapadł w pamięć. Gdy Wolski zakładał spodnie, istoty z wielką uwagą zaczęły przyglądać się jego skórzanemu paskowi. Brały go do rąk i oglądały klamrę, jakby był to dla nich przedmiot o niezwykle ciekawej konstrukcji lub materiale. Wkładały pasek do klamry i próbowały go zapinać. Jak wspomina rolnik sam pasek i jego oglądanie istoty kwitowały wielokrotnie grymasem na twarzy. Na koniec badania, być może w formie gościnności, istoty zaproponowały mu jedzenie – coś, co przypominało przezroczysty sopel lodu, który łamał się w dłoniach jak ciasto. Wolski wspominał, że jedna z istot wzięła kawałek i pokazywała mu go, sugerując gestami pytanie czy chciałby to zjeść. Mimo że namowy istot były zachęcające i raczej gościnne, rolnik poczuł silny opór wewnętrzny. Stwierdził później, że: „Mnie się tak coś okazało, że ja tego nie będę jadł”. Przybysze nie nalegali – schowali jedzenie i zaczęli się przygotowywać do wypuszczenia gościa. Podczas całego pobytu we wnętrzu kosmici wkładali w znajdujące się naprzeciw wejścia dwa otwory (na wysokości około 120 cm) czarną długą pałeczkę. Mierzyła około 30 centymetrów i była zakończona „kuleczką”. Jedna z osób wykonująca tą czynność kręciła nią po włożeniu.
Zakończenie wizyty jest najczęściej przytaczanym elementem tej historii ze względu na zachowanie Wolskiego. Rolnik, kierując się tradycyjną, wiejską kulturą osobistą stanął przy otworze wyjściowym, zdjął czapkę z głowy, ukłonił się i powiedział wyraźnie „do widzenia”. Ku jego zaskoczeniu, wszystkie cztery istoty znajdujące się w środku odpowiedziały mu równoczesnym, lekkim ukłonem, co Wolski odebrał jako sygnał, że zrozumieli jego gest. Następnie zjechał szybko na platformie i wsiadł na wóz. Gdy po chwili spojrzał w kierunku pojazdu, w otworze wejściowym dojrzał dwie lub trzy postaci. Koń odjechał lekkim łukiem omijając pojazd.
Wolski dotarł do swojego gospodarstwa w Emilcinie po godzinie 8 rano . Szybko wbiegł do mieszkania i zaalarmował o całym przeżyciu rodzinę. Na miejsce zdarzenia udał się jego syn Józef wraz z sąsiadem Bolesławem Miotłą. Po chwili podążył za nimi: „Wyprzągłem konia i ja poleciałem za nimi… z ciekawości. Ale gdy zaleciałem ja i ci synowie przylecieli, to nie było tam już, tylko zdeptana trawa, schodzona, bo to trawa była duża, rosa była, udeptane ścieżki na wszystkie strony. Gdy ja zobaczyłem, że nic nie ma, nakręciłem z powrotem i przyszłem do domu, a syny pozostały – tam ślady oglądali, to – tamto…”. Ludzie, którzy dotarli na miejsce dosłownie zaniemówili z wrażenia, kiedy zobaczyli wygniecenia po butach obcych istot w lesie i na łączce. W niczym nie przypominały ludzkiej stopy, nie było widać zarysu pięty, śródstopia ani palców. Odciski miały kształt niemal idealnych prostokątów. Były stosunkowo krótkie, ale bardzo szerokie w stosunku do swojej długości i rozmieszczone w sposób sugerujący, że istoty poruszały się wokół miejsca lądowania. Mimo że istoty były niskie i drobne, odciski w wilgotnej po deszczu ziemi były dość głębokie. Sugerowało to dwie możliwości:
1. Albo istoty (lub ich kombinezony) były znacznie cięższe, niż na to wyglądały.
2. Albo podczas chodzenia wywierały na grunt dodatkowy nacisk mechaniczny.
W pobliżu miejsca, gdzie wisiał pojazd zauważono wyjedzoną trawę przez konia, co potwierdzałoby około 30-minutowy czas przebywania Wolskiego w pojeździe. Ponadto dostrzeżono też ślady w wysokiej trawie pokrytą rosą pozostawione przez dwie istoty idące obok siebie, a także powyrywane kłosy zboża (niektóre z łodygami). Trzeba też podkreślić, że obiekt ten wpłynął także na brzozę przy której zawisł. Jak opowiadał Zbigniew Blania-Bolnar: „liście na tym drzewie rosnącym najbliżej UFO przez wiele tygodni wyglądały dziwnie, inaczej”. Najbardziej szokujące jest jednak to, że na ziemi dokładnie w miejscu, nad którym unosił się dziwny pojazd, przez wiele lat był… wyraźny ślad po obiekcie, który idealnie pokazywał jego obrys.
Opowiadając tą historię trzeba wspomnieć o jeszcze jednej bardzo ważnej kwestii. Bezpośrednim świadkiem, który widział lecący pojazd był 6-letni wówczas Adam Popiołek. Miało to miejsce tuż po tym jak Wolski wrócił do domu. Jak opowiadała Marianna Popiołek (mama Adasia): „Gdy smażyłam placki usłyszałam ogromny huk. Chciałam zawołać dzieci, bo się strasznie przestraszyłam i nie wiedziałam co się stało z dziećmi. Gdy wołałam Adasiu, Agnieszko, to huk nastał”. Po chwili przybiegł chłopiec i krzyknął, że zobaczył dziwny samolot podobny do autobusu. Podczas rozmowy ze Zbigniewem Blanią dodał, że widział „pilota, który miał czapkę”. Na pytanie jaka to była czapka, chłopiec wskazał na osobę rejestrującą dźwięk podczas tej rozmowy, który miał po prostu założone słuchawki nauszne.
Przelot obiektu widziało co najmniej kilka osób, a huk słyszało kilkadziesiąt. Zbigniew Blania opowiadał w latach 90-tych, że udało mu się ustalić jeszcze kilka osób, które 10 maja 1978 roku widziały przemieszczający się pojazd UFO nad Emilcinem, ale nigdy nie dał rady ich przekonać, aby ujawnili się publicznie. Trzeba po raz kolejny podkreślić, że obcy zrobili Wolskiemu prezent tym głośnym przelotem nad wioską, bo efekt był tego taki, że dosłownie wszyscy uwierzyli Wolskiemu, że naprawdę to przeżył.